Kluska na szczycie, czyli jak zdobyłam na górę Fuji.

Po co w ogóle chodzę w góry? Sama zadaje sobie to pytanie. Bo nie oszukujmy się, jestem leniwą bułą i ze sportów to najbardziej lubię te na których najmniej się pocę i nie zasapię. Czyli rower i pływanie. A jednak jest coś takiego we wchodzeniu na górę, ze średnio raz w roku pakuję manatki i ruszam w ukochane Bieszczady, by się spocić i dorobić zakwasów.
Niestety w tym roku Bieszczady odpadają, gdyż do ojczyzny wracam dopiero w kwietniu przyszłego roku. Za to całkiem blisko jest Fuji. Od Tokio dzieli ją 2,5 godziny jazdy autobusem, który tak się szczęśliwie złożyło odjeżdża z dworca Shinjuku. Czyli jakieś 20 min spacerem od mojego domu.
Do Japonii przyjechałam z planem zdobycia tej najwyższej japońskiej góry ale jakoś tak się nie składało, a to brak czasu, a to znów pieniędzy… i mało brakowało a bym w ogóle na nią nie weszła bo dopiero pod koniec lipca wpadłam na to aby sprawdzić sezon wspinaczkowy i okazało się że na zdobycie jej mam miesiąc. Sezon na Fuji kończy się 10 września wtedy też zamykają się schroniska na szlaku, a znając własne ślimacze tempo wchodzenia, bez noclegu bym się nie obyła. Przeliczywszy koszty i korzystając z wakacji na uczelni oraz 3 dni wolnych w pracy podjęłam decyzję: za 2 tygodnie jedziemy.

Ponieważ brak japońskiej i w ogóle jakiejkolwiek karty kredytowej uniemożliwił mi zrobienie rezerwacji na autobus oraz wybrane przeze mnie schronisko, stwierdziłam: Yolo jedziemy na żywioł.
Idę więc na terminal i szczęśliwie udaje mi się dostać bilet. Przy okazji pani mnie ostrzega o tajfunie ale co mi tam. Raz się żyje.
Autobus z Shinjuku dowozi mnie na 5 stację, więc część drogi mam za sobą. Wybrałam najłatwiejszy ze szlaków – żółtą Yoshidę. Jeszcze tylko obejście punktów turystycznych, zajrzenie do świątyni i złożenie drobnej ofiary bóstwom górskim o powodzenie we wspinaczce i możemy ruszać.

Tłum na 5 Stacji

Początkowo idę przez przez las ale niewiele widzę, bo dzień jest pochmurny. Las się kończy bardzo szybko, przy 6 stacji. Tutaj robię sobie 5 min na wyrównanie oddechu zanim zacznę pokonywać trasę do stacji 7. Przy okazji niechcący jestem świadkiem prześmiesznej sceny. Do 6 stacji można wjechać konno. A konie jak to konie czasem zrobią kupę. Co robi pan prowadzący turystę na takim koniu? Zbiera koński produkt do woreczka i zabiera ze sobą. Jak widać, w Japonii nawet na górskim szlaku musi być czyściutko. I coś w tym jest przez całą drogę nie zobaczyłam ani jednego śmiecia.

Chmura na 6 stacji

Podnoszę zadek i ruszam zygzakiem do 7 stacji. Zygzak pozwala mi wypracować rytm wchodzenia – przechodzimy 2 proste 2 minuty na oddech i znowu. W między czasie opadają chmury i jestem w stanie zobaczyć wulkaniczne zbocze oraz pierwsze schroniska na 7 stacji.
Od 7 stacji kończy się wygodny zygzak a zaczyna może nie jakoś szczególnie trudny ale na pewno wymagający większej ostrożności szlak po kamieniach. Czasem trzeba się złapać łańcucha by wygodniej się wspinało ale jest w tym coś fajnego co sprawia że czujesz się bardziej himalaistką niż zwykłą turystką wchodzącą na strasznie skomercjalizowana górę. Bo na fuji nie wchodzisz samotnie. Co i raz mijają cię wycieczki Japończyków ubranych tak profesjonalnie że ja w swoich dresach i plecaku w kocie sushi czułam się jak laska która próbuje zdobyć Rysy w klapkach. I mają butle z tlenem. Ja takowej nie posiadam i pierwszy kryzys dopada mnie gdzieś w połowie drogi między stacją 7 i 8. Siadam sobie na boku szlaku i próbuję złapać oddech bo choć biorę głębokie wdechy mam wrażenie że do moich płuc nie dochodzi nawet gram tlenu. Trudno, myślę sobie, trzeba zwolnić tempo ze ślimaka do ślimaka ze złamaną nogą.

więc wdrapuję się wolno co 2 minuty robią mały postój na wyrównanie oddechu i tak powolutku sobie wchodzę. W między czasie chmury opadają całkowicie i czuję się jak w samolocie. Jednocześnie słońce przyjemnie grzeje a ja się cieszę tym niesamowitym uczuciem kiedy ciało mówi: stara daj mi spokój, nie mogli pojechać gdzieś poleżeć, a umysł odpowiada: a weź nie pierdol, zobacz ile potrafimy.
I tak sobie pomalutku wchodzimy do stacji 8 i tu zaczynam się rozglądać za noclegiem. Nocleg generalnie na fuji lepiej zarezerwować sobie wcześniej zwłaszcza jeśli macie zamiar się wspinać w weekend, mi się jednak udało znaleźć takowy bez rezerwacji. Pewnie dlatego ze wchodziłam we wtorek. Tak czy siak, doszłam do znajdującego się na 3250 m.n.p.m. schroniska Gansomuro, gdzie za cenę 6700 yenów miałam nocleg we spólnej sali i obiad w postaci curry z ryżem. Przyznam się że to był mój pierwszy nocleg w górskim schronisku i było to przedziwne doświadczenie. Raczej wyobrażałam sobie coś na kształt hali noclegowej na pyrkonie niż 2 piętra ułożonych koło siebie śpiworów, co mi strasznie przypominało prycze w obozie koncentracyjnym.

Śpiwory w schronisku. Mój to ten przy ścianie

Curry może nie było jakoś powalające ale było ciepłe. Siedziałam na bardzo japońskiej stołówce na podłodze przy niziutkim stoliku w grupie Japończyków, których bardzo interesowała wspinająca się samotnie gaijinka i zadawali łamanym angielski pytania skąd jestem, co robię w Japonii jak mi się podoba. Jak odpowiadałam im moim jeszcze nie płynnym ale już całkiem komunikatywnym japońskim, padło zdziwienie i okrzyk: oooo nihongo wa jouzu! (twój japoński jest świetny)

Curry i pikle jako sałatka.

Nie cieszcie się kiedy Japończyk wam to powie, bo usłyszycie to nawet wtedy jak wasz japoński ogranicza się do: konnichiwa, hai, i arigatou. Generalnie ludzie na szlaku są bardzo mili. Chętnie podejdą i zrobią ci zdjęcie nawet jeśli ich o to nie poprosisz albo usiądą koło ciebie i poczęstują oreo. Ewentualnie skomplementują twój plecak, albo Mariusza. Wydaje mi się że góry przyciągają jakiś specyficzny typ ludzi. Albo to po prostu poczucie wspólnego sprawia ze jakoś mniej buców jest na szlaku. Wszyscy przecież wchodzimy na ten sam szczyt.

Tak czy siak jakoś po 18 padam na swój śpiwór i niemal natychmiast zasypiam. Co prawda co jakiś czas budzą mnie przychodzący ludzie lub szturchająca mnie sąsiadka ale ok, mamy co mamy trzeba to znieść. Budzę się o 1 w nocy i wśród prawdopodobnie 2/3 gości śchorniska przygotowuję się do wymarszu. Odpalam latarkę i po ciemku ruszam na szlak. Powiem szczerze liczyłam na gwiazdy bo gwiazd, i takiego porządnego nocnego nieba nie widziałam od 4 miesięcy. Niestety w międzyczasie chmury podeszły i nic nie było widać. W dodatku ograniczały widoczność i tak już bardzo słabą przez ciemność. Powiem wam że to było moje pierwsze nocne wejście i po pół godzinie miałam go dość. Nawet nie chodzi o to że nie widzisz dokąd idziesz dalej niż sięga strumień latarki. Japończycy wszyscy jak jeden mąż noszą czołówki i tymi czołówkami regularnie walą ci po oczach skutecznie cię oślepiając. Mniej więcej po godzinie moja latarka stwierdza ze w dupie ma moje ambicje ona się wyłącza. Ratuję się jakieś 20 min komórką niestety ona również wyczerpana poprzedniego dnia zdjęciami i nagrywaniem umiera z braku prądu. W schronisku nie było gniazdek wiec nie mogłam naładować baterii. Chwilę próbuję iść posiłkując się światłem cudzych latarek ale po 5 minutach stwierdzam ze ani to mądre ani bezpieczne. Zwłaszcza że znów zaczyna mi się dawać we znaki wysokość bo bardzo szybko dostaje zadyszki w dodatku zaczyna mnie bolec głowa. No ale nie po to wyszłam w nocy by nie zobaczyć świtu na Fuji! Odpalam Ipada rozkręcam jasność ekranu na masa i modle się cicho do górskich bóstw by baterii starczyło mi do świtu. Mają chyba dobry humor bo starcza. Zaczyna się powoli szarzyć na horyzoncie a ja idę w tym półmroku przedświtu w chmurze i kiedy drogowskaz pokazuje mi 200 metrów do szczytu jestem bliska załamania bo zdaje się ze jakąś godzinę temu pokazywał 400. Zatrzymuję się na kilka minut z boku szlaku gdyż narzuciłam sobie niespotykane u mnie tępo ślimaka maratończyka co w połączeniu z rozrzedzonym powietrzem skutkuje zawrotami głowy. Niezbyt poważnymi ale jednak. Szlak jest w tym momencie dość strony i zejście z niego może skutkować dość bolesną jazda w dół po stromym stoku. Umrzeć na tak komercyjnej górze jak fuji to głupota wiec posłusznie słucham wymagań swojego organizmu i daje sobie kilka minut przerwy tłumacząc sobie że równie dobrze mogę zobaczyć świt spod szczytu, w końcu idę wschodnim zboczem wiec mami idealny widok.
Ale jak wspomniałam bóstwa górskie czy inne allahy są tego dnia dla mnie łaskawe bo gdy dochodzę do siebie i ruszam dalej po ok 5 minutach docieram do brama tori. Tak oto szczyt! I oto powoli zza horyzontu wyłania się słońce. Jestem na szczycie i zrządzałam na świt! Zrobiłam to! Zdobyłam najwyższa górę Japonii i mój pierwszy 3-tysięcznik.

Sknociłam też to jedno z najważniejszych zdjęć, ale nie bez powodu uważam się za osobę upośledzoną fotograficznie.

A potem pomału przypomina mi się że będąc na szczycie jesteśmy tak naprawdę w połowie drogi. Bo jeszcze trzeba zejść. A że zejście z góry Fuji też było kuriozalnym doświadczeniem opowiem wam o nim w kolejnym wpisie.

3 komentarze

  1. Olek

    17 sierpnia 2018 at 08:44

    To musiała być super wyprawa. Również lubię chodzić po górach. Zapraszam w moje rodzinne tereny – Góry Sowie. Pozdrawiam! 🙂

    1. Ciocia Mrok

      19 sierpnia 2018 at 06:22

      dziękuję 🙂

Leave a Reply