Tęcza nad Poznaniem czyli „Fanfik” i „Slash” Natalii Osińskiej



Ostatni raz literaturę o młodzieży szkolnej czytałam jakiś rok temu w ramach odświerzania i uzupełnienia starych tomów Jezycjady. Co prawda nie jestem zagorzałą fanką serii być może dlatego że swoją przygodę z nią zaczęłam od tej gorszej „neo-jeżycjady” ale wspominam ją generalnie dobrze, a poznańskie nastolatki mają swoje miejsce w nostalgicznej części ciocinego serduszka obok przygód Tomka Wilmowskiego i Księżniczki Mii.
Więc kiedy Internet mi doniósł o nowej młodzieżówce rozgrywającej się w Poznaniu musiałam po nią sięgnąć.
Powiem tak… wsiąkłam zupełnie. 2 pierwsze tomy przeczytałam (chociaż może lepsze będzie słowo pochłonęłam) w 2 wieczory, a po najnowszą część serii nie sięgnęłam tylko dlatego że konto zapaliło mi czerwoną lampkę niepozwalająca na zakup kolejnego ebooka.



Akcje rozpoczyna nam się wraz z rokiem szkolnym, Po rozpoczęciu spotyka się dwójka ludzi, Tosia, dziewczyna z problemami natury psychicznej i Leon, nowy uczeń z, jak się wkrótce okaże z problemami natury rodzinno-finansowymi. Tak się zaczyna przyjaźń, która stopniowo zmieni ich oboje. Brzmi sztampowo? Być może ale wcale sztampowe nie jest.

Gdyby Fanfik był mangą spokojnie dostałby kategorię okruchy życia. To opowieść o przyjaźni i szukaniu własnej tożsamości. O relacjach w rodzinie i jak cholernie są one trudne kiedy ma się lat naście. A wszystko w otoczeniu tęczy, gdyż autorka wzięła sobie na warsztat tematy związane z ruchem LGTB i ogólnie pojętą tolerancją. W dodatku książki się nie czyta, tylko ona po prostu w ciebie wchodzi. Napisana jest lekko i z humorem i potrafi wzruszyć*

Bohaterowie to najmocniejsza część serii. Nastolatki zachowują się jak nastolatki a jednocześnie nie mogę powiedzieć by byli wtórni. No słuchajcie, która bohaterka w znanych wam książkach kończy jako bohater. Sama Tosia/Tosiek pisząca fanfiki i słuchająca musicali dała mi pewien wgląd jak zmieniło się postrzeganie pewnych zainteresowań przez lata. (no, 11-letnia ciocia i jej miłość do francuskiego musicalu Romeo i Julia w podstawówce została radośnie obśmiana, także no…) Generalnie czytając odczucia bohaterów miałam flashbacki z własnego nastolęctwa i hasło „porozmawiajcie do cholery” pojawiało mi się tylko dlatego, że mam długą, siwą brodę i już jakieś doświadczenie życiowe za sobą. Ale nie tylko nastolatki są dobrze napisane. Tata Tosi jest tak dobrze napisaną postacią, że głowa mała. Widać po nim że jest prostym człowiekiem, który nie ma pojęcia co się dzieje z jego córką, a przy tym ciągle cholernie ją kocha i stara się jej pomóc jak tylko potrafi. Postać ciotki, w pierwszym tomie trochę mi zgrzyta, sprawia wrażenie jakby na początku miała być tym villanem, niepozwalającej dziecku odszukać samego siebie tylko po to by nagle zmienić się o 180%. Serio ni cholery tego nie kumam, fajnieby było przeczytać całą przemianę Tosi w Tośka z jej perspektywy bo to jest ten element Fanfika, który mi zgrzytał najmocniej. Za to w Slashu do Ciotki zasrzeżeń nie mam. Ciocia chciałaby taką ciocię.

Ale żeby nie było tak tęczowo do całości serii mam 2 poważne zarzuty.
Zarzut nr 1.
Nigdy nie padają wprost nazwy zjawisk przedstwionych w książce. Autorka nie mówi nam wprost: Tosiek jest niebinarny/trans (w sumie to ja też nie wiem jak określić Tośka. Nie bijcie.) Leon jest gejem. Idziemy na Czarny Protest/paradę równości. Jest to problem o tyle, że Ciocia jako osoba już z pewną wiedzą dysponująca jakoś dopasowuje A do B, to mam też z tyłu głowy ciocię lat 15, która do najbardziej świadomych nie należała i brak nazywania rzeczy po imieniu cholernie by jej pewnie utrudnił zrozumienie. Coś jak w grze gdzie masz 2 kupki kart. Jedną z nazwą a drugą z definicją pojęcia. Tylko jakiś złośliwy chochlik zabrał kupkę z nazwami i zostałaś z samą definicją.

Zarzut numer 2 jest cholernie subiektywny i wynika tylko z mojego zawodowego zboczenia…no bo okładki nie są spójne. Co oznacza że nie kupię sobie wersji papierowej, bo od roku kupuję książki tylko w pięknych wydaniach, a serie dodatkowo muszą być u mnie spójne bo jak to będzie na półce wyglądać. Nie zrozumcie mnie źle, okładki poszczególnych części są śliczne. Ale kiedy położymy je obok siebie wyglądają po prostu źle. A przynajmniej nie kompatybilują z moim poczuciem estetyki. Zwłaszcza okładka części pierwszej boleśnie odstaje. Za o mogłaby spokojnie stanąć obok tomów wspomnianej na początku Jeżycjady, do nich pasuje graficznie niemal idealnie (pomijając fakt, że stylistycznie jest ładniejsza)

mini zarzut numer 3. Rodzice Karolka. Serio, czy zawsze w polskich obyczajówkach zapracowani, bogaci ludzie musza być pokazani jako chujowi rodzice?

A i na sam koniec. Fanfik jest debiutem pani Osińskiej. Jeśli kolejne książki będą równie udane to zostanę fanką. A cyklu Fanfik już na pewno. Czekam teraz na wypłatę aby nadrobić najnowszą część.

Podsumowując:

PLUSY:
– czyta się miło i przyjemnie
– bohaterowie
– poruszanie trudnych problemów z gracją i wyczuciem
– nikt nie rzuca dziwnych cytatów po łacinie.

MINUSY
– nie nazywanie rzeczy po imieniu
– niespójne okładki
– wkrada się parę wtf motywów ale w końcu to debiut.

Moja ocena to 5+/6


*ciocia to tam w pewnym momencie siąkała nosem **ale proszę nie rozpowiadajcie tego, bo nie chcę tracić swojej pozy cynicznej nihilistki.
** ale ja to ogólnie często ryczę jak czytam.

2 komentarze

  1. Aneta

    17 czerwca 2019 at 12:11

    Tym razem nie zachęciłaś mnie do przeczytania. Ale tylko dlatego, że nie moja tematyka… Chociaż w sumie, raz na jakiś czas można przeczytać coś innego, żeby zobaczyć świat z innej strony…

    1. Ciocia Mrok

      17 czerwca 2019 at 18:17

      Nie sądzę by książka trafiła w twoje gusta bo a) tematyka nie twoje, b) jest mnóstwo odniesień do popkultury, między innymi różnorakich wariacji tytułowych fanfików których jak wiem (chyba) nie czytasz 🙂

Leave a Reply