Lato ma zapach mułu i siana, czyli rzecz o mazurskich jeziorach

Szczerze? Lato to moja najmniej ulubiona pora roku. Upały, komary i drące się za oknem do późnego wieczoru bachory. Lodów nie zjem bo nie lubię, woda z cytryną poza lodówką szybko kiśnie a koszulki mogłabym zmieniać co 2 godziny i w czarnych ciuchach dupa się gotuje. A posiadane nadprogramowych 20 kilo tłuszczyku nie ułatwia zadania.

No ale lato ma też zalety. Pierwszą są poziomki i maliny oraz inne leśne owoce, które co roku skrupulatnie zbieram lub kupuję by część przerobić na nalewki, a część zjeść na świeżo. Drugą zaletą są mazurskie jeziora.

Gdybym 13 lat temu nie oddała serca Bieszczadom na bank moim marzeniem byłby dom nad mazurskim jeziorem. Jako, że moja mama jest dziołchą z Mazur, jako berbeć spędzałam każde lato u dziadków gdzie do jeziora było może z 20 minut spacerem. A może i mniej tylko dzieciakowi wydawało się to tak daleko. Dlatego lato ma dla mnie 2 zapachy. To zapach siana i jeziornego mułu. Najzwyczajniej w świecie kojarzą mi się z tym najbardziej beztroskim okresem w życiu i taką pełnią dziecięcego szczęścia, bo cóż może być fajniejszego niż wakacje, zwierzęta (dziadkowie mieli gospodarstwo) i wyjazd z domu.
Do dziadków z różnych względów już nie jeżdżę, ale miłość do jezior została. Dlatego teraz gdy czas i pogoda zezwalają zbieram dupę w troki a ręcznik i kółko w torbę i jadę na jedną z moich miejscówek.

Ostatnią sobotę spędziłam mocząc zadek w jezioru Leleskim. Jezioro ma tą zaletę, że w skali mazur jest takiej średniej wielkości więc dość szybko się nagrzewa. Dodatkowym plusem jest piaszczyste dno. Prywatnie dzielę jeziora na 2 kategorie: takie w którym jest pełno kamulców (jak np. Śniardwy albo Mamry czyli generalnie te słynne Wielkie Jeziora) i takie przyjemne pełne piasko-mułu. Leleskie i moje ulubione 2 Jegocin i Jegocinek należą do tej drugiej kategorii. Ale o jegocińskich jeziorkach innym razem.

Dla mnie pobyt nad jeziorem to są 3 czynności: leżenie w cieniu i oddawanie się błogiemu nic nie robieniu, dryfowanie na kółku lub materacu i pływanie.

Mimo, iż mam karnację wprost stworzoną do tego by latem przebierać się za mulatkę, nie znoszę smażenia się plackiem na słońcu. Jeśli już leżakuję na brzegu, zwykle okupuję okolice drzewa tudzież krzaków dające cień. Swoją drogą właśnie dlatego serdecznie nie znoszę polskiego morza w pełni sezonu. Jak uwielbiam nasze plaże poza sezonem, to dla mnie do plażowania się nie nadają. Wolę plaże hotelowe gdzieś w ciepłych krajach tam przynajmniej są parasole i leżaki, by piasek w dupę nie wchodził. Dlatego właśnie polskie jeziora zawsze wygrają dla mnie z polskim morzem, jeśli chodzi o miejsce do plażingu i dupy smażingu.

Na plażowanie zawsze biorę 3 zestawy: książkę, szkicownik i wyszywankę. Nie zawsze korzystam ze wszystkiego, bo czasem jak nie mam ochoty pływać spędzam cały dzień wyszywając lub czytając albo obie na zmianę czasem przerywam te czynności szkicowaniem. A czasem po prostu spędzam 3/4 pobytu w wodzie i wtedy targam cały ten czaso-umilaczowy majdan ba darmo.


Jedyna opcja bym się opalała na jeziorze to dryfowanie w kółku lub na materacu. Aczkolwiek kółko wolę bardziej bo zadek zamoczony w jeziorze stanowi całkiem skuteczny mechanizm chłodzący. Tym razem odkryłam że przy odrobinie gimnastyki na wejściu i zejściu można na kołeczku całkiem przyjemnie czytać. Cała magia polega na tym, by stopą kontrolować czy ciągle sięga ona gruntu no i nie zamoczyć książki/czytnika. Serio, moim marzeniem jest hydrofobowy papier albo chociaż czytnik bym mogła sobie tak dryfować w dowolnym miejscu bez obawy że jak książkę utopię to koniec.


Pływanie w jeziorze to najcudowniejsza rzecz na świecie. Zwłaszcza kiedy woda jest nagrzana tak, ze przyjemnie chłodzi od upału ale jednocześnie nie szczękasz zębami z zimna. W tym 2 wypadku bałabym się pływać dalej niż przy trzcinach. W przypadku wody ciepłej i przyjemnej jestem w stanie płynąć i płynąc i płynąć. Najbardziej lubię pływać tak koło godziny 17-18, kiedy woda jest nagrzana po całym dniu, część ludzi z plaży się już zabrała i zapada taka piękna „cisza”. Słyszysz tylko perkozy, ważki,plusk ryb i szum trzciny. Lubię wtedy przejść na wolniejszy tryb pływania za to pozbawiony plusku żeby się w pełni delektować tą chwilą. Letnie wieczory nad jeziorem pachną mułem i rozgrzanym sitowiem. Jeśli jezioro jest położone w lesie do tej kompozycji dochodzi zapach rozgrzanej na słońcu ściółki i żywicy. Jeśli jak to ma miejsce w Leleskim otaczają je głównie pola dociera do ciebie zapach trawy i ziół.

Lubię ważki

W dodatku dla mnie jezioro w przeciwieństwie do morza jest przestrzenią doskonale bezpieczną. Chociaż morze lubię a Adriatyk w okolicach chorwackiej Dalmacji jest jednym z moich ulubionych miejsc do dryfowanio-opalania na kółku, ma tą wadę, że w momencie kiedy nie widzę dna zwyczajnie ogarnia mnie irracjonalny niepokój. Mówiąc wprost jako że morza są wielkie niezbadane i wszystkie ze sobą tak czy inaczej złączone, mam z tyłu głowy wszystkie moje ulubione niskobudżetowe horrory o morskich potworach i innych rekinach.



Chciałabym napisać, że na Kaszubach są równie urocze jeziora ale wiecie, ja na Kaszubach inaczej niż z wycieczką szkolną byłam raz w Ocyplu dawno temu i pamiętam że 4 dni padało. No i na Mazury zwyczajnie mam bliżej. Aczkolwiek nie wątpię że inne jeziora w Polsce mogłyby mnie urzec z równą siłą. I szczerze? Chociaż moim marzeniem od wielu lat jest rzucić wszystko i uciec w Bieszczady, to wzorem Gałczyńskiego bardzo spędzałabym lato w leśniczówce nad mazurskim jeziorem.

Mariuszowi się podobało.

1 Comment

  1. Aneta

    22 czerwca 2019 at 07:12

    Oj tak zapach siana i mułu dla mnie to też nieodłącznie skojarzenia z latem, z tym że dla mnie muł z rzeczki, gdzie sie kapalismy za dzieciaka. W tym roku raz doświadczyłam upału, gdy zeszłej soboty wchodzilam na górę, po drodze wchodzilismy pod wodospad zeby sie schlodzic.
    Fajne zdjecia ważek, super grafiki.

Leave a Reply