Zdrowe żarcie to wege żarcie ,tudzież słowotok wynikły z frustracji i PMS-u

Uprzedzam ten wpis będzie słowną sraczką na wylanie narastającej we mnie frustracji ok?

Na początek 2 ważne fakty.

Fakt 1 moje poglądy na życie są raczej ego-liberalistyczne, co oznacza że dla mnie niech kazdy sobie działa jak mu dusza pozwala puki nie namawia mnie do podejmowania decyzji w sprzecznych z moim światopoglądem. Znaczy to tyle że nie mam absolutnie nic do osób LGBT, hetero normatywnych, ateistów, katolików, czy muzułmanów osób aprobujących lub przeciwnych aborcji dopóki poglądami nie wchodzą z butami w moje ciało i moje życie. Bo ja to jestem zwierzątko terytorialne, nie tylko jeśli chodzi o strefę mieszkalną ale też życiowo-wyborową. W sensie mój wybór jest mój i jeśli nie dotyczy on innych osób to inne osoby powinny mieć to dupie równie mocno jak ja mam ich wybory.

Fakt 2, Jestem mięsożerna. A właściwie wszystkożerna bo w mojej diecie produkty od zwierzęce to jakieś 35%-45% reszta to flora pod różną postacią. No to tyle jeśli chodzi o wstęp.

Natomiast mam głupie wrażenie, że cały świat ostatnio próbuje nawrócić mnie na pro eko vege zero waste osobę. Być może wynika to ze środowiska internetowego w jakim sobie funkcjonuję*. I wiecie co ja nie mówię że te ruchy są złe. W sensie eko i zero waste bo do vege zaraz przejdziemy. Mam tylko opinię, i jest to li i jedynie opinia, że działania pojedynczych osób w dość ogarniętej ekologicznie europie w skali świata chuja dadzą. By realnie poprawić sytuację naszej radosnej, skazanej na zagładę planety potrzebne są zmiany systemowe na skalę globalną, bo wiecie co z tego że wy nie weźmiecie na zakupy plastikowej torebki jak w tym samym momencie wracający z zakupów Japończyk niesie ich 5? Co da to że wy nie jecie mięsa, jeśli te biedne krówki świnki czy inne kurczaki dalej są masowo hodowane? Czy robicie coś poza tym by to zmienić? Petycja o jakąś ustawę zaostrzającą. Ja wiem że dla niektórych zamknięcie ferm kurzych byłoby utopią. Dla mnie utopią byłaby możliwość kupienia sobie udka od szczęśliwej kury/krowy (ze świnek mogę zrezygnować) hodowanej na trawce i słońcu w cenie, która nie rozwali mi budżetu na resztę miesiąca. Tudzież ryby z racjonalnego połowu nienaruszającego środowiska.

No ale w oczach niektórych to ja i pewnie masa innych osób jestem ta zła bo jem 3-4 razy w tygodniu mięso i ryby, jajka a do Starbucksa chodzę bez własnego kubka.

I tu przechodzę do meritum. Jestem tym sfrustrowana. Bo dzięki różnym krewnym i znajomym z internetu i realu już znam pewnie wszystkie najważniejsze argumenty przeciwko jedzeniu mięsa od tych moralnych po te zdrowotno-żywieniowe.

Czy ta wiedza spowodowała, że rzuciłam mięso? Nie. Czemu? Bo bez mięsa czuję się po prostu źle. Mam okresy najczęściej latem kiedy mój organizm mi mówi, ze on to mięsa nie, i powiedzmy 2 tygodnie sobie bez mięsa funkcjonuje. Po tym okresie najczęściej pojawia się u mnie problem z koncentracją, logicznym myśleniem i generalnie jestem taka lekko zamulona. Być może gra tu też rolę inny czynnik na który na razie nie zwróciłam uwagi. Nie wiem, ciągle się obserwuję.

No i wiecie, jako że kilka miesięcy temu dorosło mi się do tematu zdrowego żywienia. Ot na diecie w Japonii schudło mi się ponad 10 kilo czułam się spoko, włosy rosły mi jak szalone więc fajnie by było utrzymać ten stan rzeczy tylko w bardziej świadomy sposób. Zwłaszcza ze nie do wszystkich rzeczy którymi żywiłam się w Japonii mam regularny dostęp, za to do innych które lubię z naszego podwórka, w Japonii jadłam malutko. Np ser żółty. W Japonii zjadłam go przez rok może ze 4 razy, po powrocie po pierwszym tygodniu kiedy rzuciłam się jak wygłodzone dziecko z Etiopii na smaki których mi brakowało, prawie go nie jem. Po prostu nie mam ochoty i teraz zastanawiam się czemu, co tam było, że mój organizm stwierdził że bez żółtego sera da się żyć.

Wiecie, wiedza że ser ma wapń, witaminę A co jest dobra na oczy, troszkę mi nie wystarcza chce wiedzieć też jakie mogą być skutki uboczne nadmiernego żarcia sera (oprócz grubej dupy) czy nadmiar witaminy A nie ma skutków ubocznych. Innymi słowy zaczęłam zadawać pytania i szukać wiedzy. I wtedy moja moja frustracja na veganizm i gatunki pokrewne urosła do rozmiarów może jeszcze nie Everestu ale spokojnie przerosłaby Kilimandżaro.

Wiecie nie szukam tej wiedzy jakoś regularnie, powiedzmy raz na kilka dni mam zryw spowodowany jakimś ciągiem myślowym i sprawdzam sobie w jakim jedzonku np. mamy kolagen. Albo do czego potrzebna jest witamina B12. Faza na wgłębianie się w temat przychodzi mi raz na miesiąc lub dwa, wtedy sięgam po jakąś mądrą książkę, na razie zadowoliła mnie tylko jedna.
Liczyłam na pomoc przyjaciółki, fanatyczki zdrowego trybu życia. Niestety jej polecanki są dość jednostronne to Zięba, do którego no, jestem nastawiona sceptycznie, chwilowo przeczytałam jedynie wstęp, Pawlikowska o której twórczości i kompetencji mam eufemicznie mówiąc, dość niskie mniemanie, no i książki potwierdzające słuszność diety vege. Tylko że ja się nie chce utwierdzać przekonaniu, szukam wiedzy ogólnej.

Wiecie co? Obecnie na rynku czy youtubie łatwiej jest znaleźć potwierdzenie co do słuszności diety wege i tego jakie warzywka są dobre.

Jezu wiem że są dobre! Lubię warzywa! Dzień bez pomidora to dzień stracony a awokado i mango powinny rosnąć w Polsce! Od dziecka nam tłuką: jedz warzywka bo są zdrowe. Zastanawia mnie natomiast czemu nie trzeba małym dzieciom tłumaczyć, że mięsko też jest zdrowe. No nie wiem może się mylę, ale chyba ciężej dziecko namówić do zjedzenia marchewki niż gotowanego kurczaka. Nie wiem nie mam dzieci, nie lubię dzieci, nie znam się na dzieciach, jedyne odniesienie jakie mam to ja i mój brat. My mięso jedliśmy bez oporów, opory były przy warzywach.

Wracając do tematu. Weszłam ostatnio do Empiku poszperać w książkach około dietowych w celu poszukania inspiracji coby sobie przeczytać jakby mnie znowu naszło na czytanie o proteinach bakteriach w jelitkach i witaminach. Wiecie, że ponad połowa dostępnych pozycji dotyczyła kuchni wege? Soki, sałatki, Dąbrowska, vitarianizm od wyboru do koloru. Znalazłam 2 pozycje które nie miały ustalonej tezy, a przynajmniej wydają się jej nie mieć i w nich upatruję nadzieję w wiedzę ogólno dietetyczną. Np czemu ostatnio mój organizm buntuje się na produkty zbożowe, za to żrę jak wściekła kurczaka i indyka w formie gotowanej, gdzie przez ostatnie 10 lat gotowany drób wywoływała u mnie odruch wymiotny.

Wczoraj z braku tego ze najbliższy empik jest hohoho i z mojej wiochy to mi się dupy ruszać nie chce szukałam sobie wiedzy na anglojęzycznym youtubie. Znalazłam kilka ciekawych kanałów które sobie subnełam aczkolwiek, większość z nich to znów były same informacje bez zagłębiania się w przyczynę-skutek, ale trudno daje to jakąś bazę do późniejszego zgłębiania tematu. Zostawiłam youtube poszłam się zająć prawdziwym życiem odpalam ponownie YT i czym mam zasraną główną strone.

Healthy and Vegan! 10 vegetarian breakfast.

Jeżu Anaszpanie. Zaczynam snuć teorie że jakieś lobby wegańskie dąży do przejęcia władzy nad światem, albo jakiemuś milionerowi firmy mięsne zabiły ukochanego prosiaczka, stąd takie zasranie tematem wszelkich mediów. Nie wiem, spisek producentów warzyw, by zaszkodzić producentom mięsa.

Wiecie co, jestem zmęczona tematem. Do tego stopnia, że mam ochotę ścinać lasy tropikalne, dusić żółwie torebkami foliowymi i obcinać kurom dzioby tępymi nożycami, po prostu na złość vegeterrorystom. Nie znam wegetarianina, który nie zacząłby dorabiać filozofii do swojej diety. Nie wiem czemu zwykłe stwierdzenie: mi mięso nie smakuje, albo po mięsie czuję się źle, jest jakąś abstrakcją w tym środowisku. I ok. Ja się po kurczaku czuje dobrze. Może ty masz uczulenie albo szczególną wrażliwość na coś czym kurczaka faszerują. Ja nie mam a jeśli to mi się odkłada gdzies tam w środeczku, to moja brocha czy umrę na zawał w wieku 40 lat. To byłaby w sumie spoko opcja. Serio nie trzeba mi przypominać, że mięso w marketach pochodzi z przemysłowych hodowli, że w ogóle mięso to martwe zwierzę. Serio, moi dziadkowie mają gospodarstwo, wiem że świnia w chlewiku i kiełbasa na talerzu to to samo. Nie mam ochoty zastanawiać się czy danie które gotuję jest veganskie, wegetariańśkie czy chuj-wie-jakie. Jak chce zjeść szparagi szukam przepisu na szparagi i w dupie mam czy przepis będzie vege czy z kurczakiem. Wybiorę tą opcje którą mój organizm mi powie że w danym momencie chce zjeść najbardziej.

Wiecie o czym marzę? Znaleźć sobie taki kanał na YT który mogłabym sobie puścić jak podcast i który by brał dokładnie każde zagadnienie żywieniowe i je bezstronnie rozkładał na czynniki pierwsze. Np. Wołowina ma to to i to, co działa na to to i to, jak nasz układ pokarmowy sobie z nim radzi, ale wolno się trawi przez co zaczyna nam gnić w jelitach i uwalnia toksynę taka i taką która w taki a taki sposób wpływa na nasz organizm** Albo z 2 stronę. Rośliny strączkowe mają w sobie taką a taką witaminkę, inna magiczną substancję, dobrze robią na to i na to ale po nich pierdzimy bo spowodowane jest to takim a takim procesem w jelitach od czego uwalniane są takie i takie substancje.

A być może cały problem leży w tym ze ja jestem taki chłopak na opak i jak coś jest modne, a diety wege, są modne to ja tego z automatu nie lubię. Harry Potter tez mnie wkurwiał jak był na niego bum 20 lat temu. Myślę, że jakby zostały w swojej niszy dziwactw ludzkich lubiłabym je mocniej a nawet je rozważyła w ramach chodzenia pod prąd 🙂 Na razie czuje się jakby ktoś mi za wszelką cenę pokazywał, że reportaże są bardziej wartościowe od powieści rozrywkowych bo zawierają fakty a powieści są wymyślone. Z obu faktów zdaje sobie sprawę lubię czytać reportaże ale co złego jest w tym że lubię też sobie eskapizmować z harlekinem?


O jeżu lżej mi na duszy. Ten wpis to grafomania czystej wody więc jeśli tu dotrwałaś/łeś to jesteś dzielny masz tu ciasteczko.

* bo z domu nie wychodzę,
**taką mi informacje ostatnio sprzedano nie mam pojęcia czy to prawda a jeśli prawda, to ja chce wiedzieć co to za toksyny i jak one wpływają na nasz organizm.

Photo on Foter.com